Forge Of Baldur

Święto Jól na Islandii: Grýla, Jólakötturinn i upiorne wierzenia

Mroczne legendy z XIII wieku ewoluowały przez wieki, strasząc Islandczyków głodem i ciemnością. Podczas surowych zim motywowały do oszczędności oraz dyscypliny. Pamięć o niektórych potworach zachowała się do dziś, a ich współczesne wyobrażenia znajdujemy w dziełach kultury. Przyjrzyjmy się wspólnie unikatowemu zbiorowi straszydeł!

Autorką tekstu oraz zdjęć jest Iwona Strychalska. Jeżeli tekst pomógł Ci zgłębić wiedzę lub zainspirował do twórczości , zaobserwuj profil Iwony klikając tutaj!

Zanim przyszedł Mikołaj, schodziły potwory. Mroczne oblicze islandzkiego Jól

Yule nie wszędzie było okazją do świętowania. Zanim na Islandię dotarły chrześcijańskie dzwony, grudzień, czyli czas Jól, był okresem, kiedy na mieszkańców wyspy padał blady strach. Kiedy w większości krajów skandynawskich szykowano się do ucztowania i składania ofiar bogom, Islandczycy nasłuchiwali kroków istot, które zrodziły się w tym surowym krajobrazie na długo przed pierwszymi osadnikami. W ponurej jaskini ukrytej gdzieś w czeluściach Dimmuborgir, „Mrocznych Zamków” – formacji lawowych położonych nad jeziorem Mývatn w północnej części kraju – budziło się zło, gotowe by wyruszyć na łowy…

Grýla, bo o niej mowa, była gigantyczną trollicą i matką wszelkiego zła; personifikacją wszystkiego, co w naturze Islandii najgroźniejsze: głodu, ciemności i bezwzględności. Przemierzała zaśnieżone pustkowia, nasłuchując bicia serc dzieci, które źle się zachowywały – kłamały, oszukiwały, nie słuchały rodziców. Wierzono, że Grýla przez cały rok przygotowywała listę swoich ofiar. Niegrzeczne dzieci kończyły jako składniki upiornego gulaszu. A apetyt trollicy był nienasycony…

Słowo grýla w języku staronordyckim oznaczało „straszydło” lub „coś, co budzi lęk”. Pierwsze pisane wzmianki o niej pojawiły się w XIII w. W „Sadze o Sverrirze” była ona metaforą wielkiego zagrożenia – bezkształtną siłą natury, a w „Eddzie prozaicznej” Snorriego Sturlusona jej imię widniało na liście mitycznych trollic. Co ciekawe, pierwotnie nie była ona związana wyłącznie z Bożym Narodzeniem – była po prostu potworem, który mógł pojawić się o każdej porze roku, by porywać ludzi – najczęściej podczas burzy, mgły lub w ciemnych wąwozach. Istniały ludowe przekazy o „Grýli wiosennej”, która budziła się po zimowym śnie i była wyjątkowo rozdrażniona głodem. 

W późniejszych okresach, gdy pogańskie zwyczaje zaczęły mieszać się z nową wiarą, postać trollicy „zadomowiła się” w okresie Jól. Wierzono wówczas, że lato to dla Grýli okres wegetacji – dla trolli słońce jest bowiem zabójcze; kontakt z jego promieniami zamienia je w głazy. Przy niemal 24-godzinnym świetle dziennym w czerwcu i lipcu, Grýla była zmuszona do pozostawania w głębi swojej jaskini w Dimmuborgir. Była wówczas mniej agresywna, zajmowała się głównie odpoczynkiem lub kłótniami z mężem Leppalúðim. Jednak nawet wtedy islandzcy rodzice ostrzegali dzieci, by nie zbliżały się do pól lawowych czy jaskiń, bo „Grýla tam śpi i może się obudzić głodna”.

Grýla – postać rodem z koszmarów

Wygląd Grýli ewoluował przez stulecia. Jak już wspomniałam, w najstarszych przekazach była sformułowaną z pierwotnych lęków hybrydą trolla, zwierzęcia i sił natury. Później jej postać stawała się coraz bardziej makabryczna. 

Spróbujcie wyobrazić sobie tę maszkarę. Kiedy Grýla przemierzała górskie tereny, jej głowa sięgała chmur. Trollica była tak ciężka, że jej kroki powodowały drżenia ziemi, które Islandczycy utożsamiali z lekkimi trzęsieniami wulkanicznymi. 

Niektóre źródła podają, że miała trzy głowy. Inne mówią o jednej, ale z dodatkowymi parami oczu z tyłu czaszki, co uniemożliwiało zajście jej od tyłu. Oczy Grýli były wielkie, wyłupiaste i świeciły mętnym, żółtym blaskiem. Przypominały rozżarzone węgle lub lampiony. Nienaturalnie długi, haczykowaty, pokryty brodawkami i twardym, łuszczącym się naskórkiem nos służył jej do wyczuwania „zapachu grzechu” u dzieci z odległości wielu kilometrów. Czarne, ostre jak odłamki lawy zęby wystawały z jej szerokich ust. 

Skóra trollicy przypominała korę starego drzewa lub zastygłą lawę – była szorstka, twarda i niemal niemożliwa do przebicia zwykłą bronią. Grýla posiadała nienaturalnie długie ramiona i dłonie zakończone żelaznymi pazurami. To nimi chwytała ofiary i wrzucała je do swojego wora. Zamiast ludzkich stóp często przypisywano jej kopyta kozła lub wielkie, owłosione łapy niedźwiedzia, co pozwalało jej sprawnie poruszać się po śliskich skałach i lodowcach. 

Przerażeni? Najgorsze dopiero przed Wami. Ogony Grýli to chyba najbardziej unikalny element jej wyglądu. Trollica posiadała piętnaście ogonów (choć niektóre pieśni wspominają o czterdziestu). Na każdym z tych ogonów wisiało po sto worków –  każdy mieścił dwudziestkę dzieci. Jeszcze jeden olbrzymi wór, Grýlupoki, monstrum dźwigało na swoich plecach. Worki te były wykonane z grubych skór zwierzęcych i wiecznie ściekała z nich krew… Grýla często podpierała się wielkim kosturem wykonanym z kości wieloryba lub pnia drzewa wyrzuconego przez morze.

Z czasem, gdy życie na Islandii stawało się nieco stabilniejsze, Grýla zaczęła tracić swoje mityczne głowy i ogony na rzecz cech bardziej ludzkich, choć wciąż odrażających. Mniej więcej w XIX wieku zaczęto ją opisywać jako brudną, złośliwą staruchę z pożółkłymi zębami.

Kluczowym momentem był rok 1932 i wiersze Jóhannesa úr Kötlum. Autor nadał trollicy i jej synom (o których przeczytacie dalej) ostateczny, kanoniczny kształt. Dzisiaj Grýla to postać niemal baśniowa. Choć nadal groźna, bywa przedstawiana jako postać komiczna – wiecznie głodna gospodyni jaskini, która nie radzi sobie z trzynastką niesfornych synów. W Reykjavíku czy Akureyri zobaczycie ją na plakatach jako brzydką, starą kobietę w chustce na głowie, która bardziej przypomina złą czarownicę niż pierwotne, trójgłowe monstrum z XIII wieku.

Upiorna rodzinka

Kiedy Grýla wracała z udanych łowów, w jaskini czekała na nią reszta „uroczej” rodzinki – mąż Leppalúði i trzynastu synów.

Leppalúði był trzecim mężem trollicy. Pierwszego (Gustiego) i drugiego (Boliego) Grýla prawdopodobnie zjadła lub zabiła, gdy przestali jej odpowiadać. A i Leppalúði raczej nie miał zadatków na to, by trwać u boku żony zbyt długo. Był chudy, brudny i leniwy. Jego jedynym zadaniem było pilnowanie ognia pod kotłem, podczas gdy trollica polowała.

Synowie Grýli i Leppalúðiego, Jólasveinar, czyli Bożonarodzeniowi Chłopcy pierwotnie byli bandytami, którzy mordowali zwierzęta i okradali ludzi. Później ich wizerunek stał się „lżejszy”, chociaż nadal stanowili utrapienie dla Islandczyków.

Jólasveinar byli opisywani jako istoty zawieszone gdzieś pomiędzy światem trolli i ludzi. Wiecznie brudni, odziani w łachmany z wełny, odznaczali się przerośniętymi częściami ciała i nienaturalną zręcznością. Każdy z nich schodził z gór w konkretny dzień, zaczynając od 12 grudnia, i zostawał na dole przez kolejnych 13 dni, rywalizując z innymi braćmi o to, kto przyniesie Grýli lepszy łup lub kto bardziej przestraszy ludzi.

  • Jako pierwszy, dwunastego grudnia, zjawiał się Stekkjastaur, znany jako Kulas. Mimo swoich nienaturalnie sztywnych nóg, które utrudniały mu ruch, z uporem maniaka włamywał się do owczarni, by ssać mleko prosto z wymion owiec. 
  • Tuż za nim, trzynastego grudnia, z mrocznych rozpadlin wyłaniał się Giljagaur, Łasuch z Wąwozu. Ten cichy złodziej potrafił godzinami czekać w ukryciu na moment, w którym dojarz odstawi wiadro – tylko po to, by spić z niego najtłustszą piankę. 
  • Czternastego grudnia do drzwi drapał Stúfur, czyli Krótki. Choć wzrostem nie imponował, nadrabiał to zuchwałością, kradnąc patelnie, by z obsesyjną dokładnością zeskrobywać z nich przypalony tłuszcz. 
  • Piętnastego grudnia domostwa nawiedzał nienaturalnie chudy Þvörusleikir, Lizacz Łyżek. Jak się pewnie domyślacie, wykradał on brudne, drewniane łyżki, by lizać je do czysta swoim szorstkim językiem. Jego sylwetka była najlepszym dowodem na to, że dieta resztkowa nie sprzyja tężyźnie fizycznej…
  • Szesnastego grudnia pole do popisu miał Pottaskefill, Wylizywacz Garnków, który stosował sprytną taktykę: pukał do drzwi, a gdy domownicy szli sprawdzić, kto ich nachodzi, on wślizgiwał się do kuchni i opróżniał niedomyte naczynia. 
  • Siedemnastego grudnia nadchodził Askasleikir, Lizacz Misek. Jego specjalnością było ukrywanie się pod łóżkami i czekanie, aż ktoś odstawi na podłogę askur, czyli tradycyjną miskę z pokrywką, którą potwór natychmiast przejmował. 
  • Osiemnastego grudnia spokój nocy przerywał Hurðaskellir, Trzaskacz Drzwiami. Ten złośliwiec nie kradł jedzenia, lecz czerpał sadystyczną satysfakcję z budzenia śpiących ludzi głośnym waleniem drzwiami w samym środku nocy. 
  • Dziewiętnastego grudnia spiżarnie drżały przed Skyrgámurem, Pożeraczem Skyru. Ten potężny troll potrafił w jedną noc pochłonąć całe zapasy islandzkiego jogurtu, zostawiając rodziny bez cennego białka na resztę zimy. 
  • Dwudziestego grudnia z góry spoglądał Bjúgnakrækir, Złodziej Kiełbas, który niczym drapieżny ptak przesiadywał na krokwiach pod sufitem, czekając na okazję, by ściągnąć wędzone mięso suszące się w dymie. 
  • Dwudziestego pierwszego grudnia pod oknami stawał Gluggagægir, Podglądacz. Jego ogromne, wyłupiaste oczy lustrowały wnętrza domów w poszukiwaniu cennych przedmiotów, które mógłby ukraść pod osłoną nocy. 
  • Dzień później, dwudziestego drugiego grudnia, do akcji wkraczał Gáttaþefur, Wąchacz. Wyposażony w gigantyczny, ruchliwy nos, potrafił wyczuć zapach smażonego chleba laufabrauð nawet przez najgorszą zamieć, co pozwalało mu bezbłędnie namierzyć cel. 
  • Przedostatni, dwudziestego trzeciego grudnia, zjawiał się Ketkrókur, Haczyk na Mięso. Używając długiego kija zakończonego hakiem, wyciągał najlepsze kawałki pieczeni prosto przez komin, zanim zdążyły trafić na wigilijny stół. 
  • Całą procesję kończył dwudziestego czwartego grudnia Kertasníkir, Złodziej Świec. W czasach, gdy świece z łoju były jedynym źródłem światła i luksusowym prezentem, ten troll śledził dzieci, by zabrać im ich jedyną iskrę jasności w mroku polarnej nocy. 

Dziś ewolucja legendy sprawiła, że Jólasveinar zmienili się w specyficznych darczyńców, lokalnych „Świętych Mikołajów”. Od 12 grudnia każde dziecko na Islandii co wieczór wystawia but na parapet, licząc na wizytę kolejnego z braci schodzącego z gór. Zasady są jednak surowe i przypominają o dawnej dyscyplinie. Jeśli dziecko było grzeczne, rano znajdzie w bucie słodycze lub mały upominek. Jeśli jednak sprawiało kłopoty, czeka na nie surowy, zimny ziemniak – symbol rozczarowania i ostrzeżenie, że trolle wciąż patrzą. To subtelne mrugnięcie okiem do tradycji: Jólasveinar nie pożerają już dzieci, ale nadal potrafią zepsuć im humor, przypominając o swoich dzikich korzeniach.

Rezydencja trolli

Większość islandzkich podań wskazuje jedno konkretne i niezwykle mroczne miejsce: wspomniane wcześniej Dimmuborgir, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „Mroczne Zamki” lub „Mroczne Miasta”. Te formacje lawowe powstały około 2300 lat temu w wyniku potężnej erupcji wulkanicznej. Gorąca lawa przepłynęła przez mokradła, a uwięziona pod nią woda zaczęła wrzeć, tworząc filary pary, które zastygły w formie gigantycznych, czarnych wież, jaskiń i łuków. Dla dawnych Islandczyków to miejsce wyglądało jak ruiny zamku zbudowanego przez siły nieczyste. Wierzono, że to właśnie tam Grýla wykuła swoją główną siedzibę.

W samym sercu pól lawowych znajdowała się siedziba trollicy – jaskinia znana jako Grýluhellir. Była to ogromna, wilgotna i duszna grota. W jej centralnym punkcie stał wielki, żelazny kocioł, pod którym zawsze płonął ogień. Ściany jaskini były wyłożone skórami tych, którzy nie przeżyli spotkania z trollami, a w mrocznych niszach i skalnych załomach piętrzyły się worki na niegrzeczne dzieci…

Dzisiaj Dimmuborgir jest popularnym miejscem turystycznym, ale po zmroku, gdy cienie kładą się na czarnych skałach, miejsce to odzyskuje swój pierwotny, mroczny charakter.  

Choć Dimmuborgir jest najsłynniejsze, niektóre starsze legendy umiejscawiają mieszkanie trolli w innych częściach wyspy, zawsze jednak w miejscach niedostępnych dla śmiertelników. Niektóre podania z okolic Reykjavíku sugerowały, że Grýla czai się w jaskiniach pasma Esja, skąd ma blisko do stolicy; inne – że w Lúdentarborgir, kolejnym łańcuchu kraterów wulkanicznych w pobliżu jeziora Mývatn.

Grýla i jej synowie jako symbol społeczny

W dawnej Islandii Grýla pełniła funkcję „pedagogiczną”. Zima na wyspie była walką o życie. Zasoby jedzenia były ograniczone, a każda para rąk do pracy była bezcenna. Trollica stała się personifikacją kary za marnotrawstwo (zjadała tych, którzy nie szanowali zapasów) i nieposłuszeństwo. Dyscyplinowała dzieci, by nie oddalały się od chat w czasie zamieci, co w surowym klimacie zazwyczaj kończyło się śmiercią z wychłodzenia. Z kolei ekipa trzynastu braci uosabiała realne lęki islandzkich rolników przed głodem, ciemnością i utratą mienia.

W XVIII wieku straszenie tymi postaciami wymknęło się jednak spod kontroli. Rodzice używali drastycznych opisów Grýli do „łamania charakterów” dzieci, co prowadziło do trwałych uszczerbków na ich psychice – dzieci wręcz chorowały z przerażenia. Sytuacja stała się na tyle poważna, że w 1746 roku wydano królewski dekret zakazujący rodzicom używania legend jako narzędzia wychowawczego. Był to jeden z pierwszych w historii aktów prawnych chroniących zdrowie psychiczne najmłodszych.

Jólakötturinn – kot, który nie mruczy

Jeśli myśleliście, że Grýla to jedyne zło czające się w islandzkich polach lawy, byliście w błędzie. Każda potężna siła ma swój cień, a cieniem trollicy był JólakötturinnBożonarodzeniowy Kot. Zapomnijcie o radosnym mruczeniu i miękkich łapkach. Ten „domowy ulubieniec” trollicy to monstrum rozmiarów pokaźnej chaty, o czarnym, szorstkim futrze, pazurach ostrych jak obsydian. Jego ślepia nie odbijają światła, lecz same płoną żółcią, przecinając mrok nocy polarnej.

Strażnik wełny i dyscypliny

W porównaniu do reszty towarzystwa, Jólakötturinn pojawił się w islandzkim folklorze stosunkowo niedawno – dopiero w XIX wieku. Wprowadzenie tej postaci do ludowych podań miało cel znacznie bardziej pragmatyczny niż postać samej Grýli. Jólakötturinn nie polował na myszy. Jego celem byli ludzie. 

Jólakötturinn był strażnikiem pracy. Legenda głosi, że każda osoba, która nie otrzymała nowej sztuki odzieży przed Wigilią, stawała się jego ofiarą. Dlaczego akurat ubranie? W dawnej Islandii przetrwanie zależało od wełny. Jesień była czasem morderczej pracy przy przędzeniu i tkaniu. Nowe skarpetki czy czapka pod choinką nie były tylko prezentem – stanowiły dowód na to, że domownik pracował wystarczająco ciężko, by zasłużyć na przetrwanie zimy. Ten, kto leniuchował, musiał liczyć się z tym, że gdy zgaśnie ostatnia świeca, usłyszy na dachu drapanie pazurów…

Kot Bożonarodzeniowy nie skradał się jak zwykłe zwierzę. On zaglądał w okna, spoglądając wprost w twarze przerażonych mieszkańców. Nie szukał niegrzecznych dzieci – on lustrował domowników w poszukiwaniu starej, poszarpanej wełny. Jeśli znajdował kogoś, kto nie odnowił swojej garderoby, wtedy wyłamywał drzwi swoimi potężnymi barkami. Według najbardziej mrocznych podań, Kot najpierw pożerał świąteczną kolację swojej ofiary, by po chwili, jako danie główne, skonsumować samego nieszczęśnika.

Od jaskini po ulice Reykjavíku

Choć przez wieki Jólakötturinn był narzędziem terroru, którym straszono parobków i dzieci, dziś stał się ikoną. Od 2018 roku na placu Lækjartorg w centrum Reykjavíku staje jego potężna, metalowa instalacja. Rozświetlony tysiącami świateł, z wielkimi, jarzącymi się ślepiami, przypomina turystom i mieszkańcom o mrocznych korzeniach islandzkich świąt. To idealny przykład tego, jak Islandczycy oswoili swój lęk, zamieniając krwiożerczą bestię w fascynujący element dziedzictwa.

Więc gdy następnym razem poczujesz na plecach dreszcz podczas grudniowego spaceru, nie odwracaj się gwałtownie. Może to tylko wiatr, a może Jólakötturinn właśnie sprawdza, czy Twój płaszcz jest wystarczająco nowy…

Post Image

Yule: Boże Narodzenie Według Wikingów. Prastare Święto Życia

Gdy zima obejmowała ziemię w swym lodowym uścisku, a dni stawały się coraz krótsze, pogańskie plemiona gromadziły się wokół ognia, by celebrować Yule — prastare święto życia, śmierci i odrodzenia. Jego korzenie sięgają tradycji germańskich ludów, które łączyły zmianę cykli natury z mistycznym sensem istnienia. Był to czas wspólnoty oraz ofiar dla bogów, które miały zapewnić pomyślność w nadchodzących miesiącach. Wraz z rosnącym wpływem chrześcijaństwa dawne obrzędy zaczęły zanikać, ale ich echa do dziś pobrzmiewają w tradycjach Bożego Narodzenia. Czy znane nam dziś święta mają więcej wspólnego z wikingami, niż mogłoby się wydawać?

Czytaj dalej

Komentarze (0)

Wszystkie komentarze: 0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *