Nie ma w mitologii nordyckiej historii bardziej tragicznej niż ta o losach Baldura. To opowieść o zdradzie i okrutnej karze. O bratobójstwie. O miłości silniejszej niż śmierć. I o przeznaczeniu, z którym nie mogą wygrać nawet bogowie…
Autorką tekstu jest Iwona Strychalska. Jeżeli tekst pomógł Ci zgłębić wiedzę lub zainspirował do twórczości , zaobserwuj profil Iwony klikając tutaj!
Baldur – światłość, której nie znosił mrok
Baldur (nazywany również Baldrem) był synem Odyna i Frigg, bogiem światła, piękna i niewinności, uosobieniem wszystkiego, co jasne, czyste i sprawiedliwe. Mieszkał w dworze Breidablik (co w języku staronordyckim oznacza „Daleko Promieniujący” lub „Szeroko Błyszczący”) wraz ze swoją żoną Nanną.
W Asgardzie nie było postaci bardziej wyczekiwanej niż Baldur. Gdy wchodził do sali biesiadnej, cienie ustępowały miejsca blaskowi, który płynął z samej jego obecności – rozjaśniał on nawet najciemniejszą noc. Nie był typem wojownika, który szukał chwały w rzezi czy podbojach. Był sędzią i doradcą, a jego werdykty zawsze były ostateczne i sprawiedliwe, ponieważ posiadał niezwykłą zdolność widzenia prawdy. Jego słowa były jak balsam dla zranionych dusz.
Był bogiem ukochanym przez cały świat. Wierzono, że dopóki Baldur żyje, świat jest bezpieczny. Był gwarantem ładu, słońcem, które nigdy nie miało zajść.
Jego światło rzucało tak głębokie cienie, że w jednym z nich ukrył się Loki…
Prorocze sny i podróż Frigg
Spokój Asgardu legł w gruzach, kiedy Baldura zaczęły nawiedzać niepokojące sny. Bóg widział w nich własną śmierć – nie w chwale, na polu bitwy, lecz po prostu cicho gasł w mroku, którego nawet on, bóg światła, nie potrafił rozproszyć…
Te wizje stały się tak przerażające, że Baldur coraz bardziej pogrążał się w smutku. Asowie, widząc cierpienie towarzysza, zwołali naradę, by zdecydować, jak mu pomóc. Wtedy to Frigg, która najmocniej odczuwała lęk syna, postanowiła wyruszyć w podróż przez dziewięć światów. Nie mogła pozwolić na to, by przeznaczenie się dopełniło.
Frigg błagała każdy kamień, każdy strumień, każdy metal i każdą żywą istotę o obietnicę, by żadne z nich nie skrzywdziło Baldura. Wydawało się, że cały świat złożył tę świętą przysięgę.
Bogowie Asgardu odetchnęli z ulgą. Zapanowała wówczas dziwna, nienaturalna pewność. Asowie, zwykle poważni i dbający o swoje bezpieczeństwo, wpadli w rodzaj szaleńczej euforii. Urządzali sobie igraszki – rzucali w Baldura kamieniami, kłuli go włóczniami i siekali mieczami, testując na nim nietykalność zdobytą dzięki matce. Śmiano się, gdy ostrza ześlizgiwały się z jego skóry jak woda z kaczych piór, a Baldur stał uśmiechnięty, wciąż piękny i niewzruszony. Stał się w oczach innych bogiem, którego przeznaczenie przestało dotyczyć.

Jemioła, która nie złożyła przysięgi
Ale w tym rządzonym przez bogów świecie panowała jedna zasada: nic nie jest w pełni bezpieczne, jeśli przeoczy się najmniejszy szczegół…
Loki, pan kłamstwa, obserwował wszystko z boku. Jego oczy śledziły każdy ruch, każdy uśmiech, każdą kroplę potu na twarzach bawiących się bogów. Nienawidził tej radości. Nienawidził faktu, że wszyscy w Asgardzie czuli się teraz bezpieczni. Nie mógł znieść tego, że wszyscy kochają Baldura. Jego zazdrość była jak trucizna, która powoli wypalała go od środka. Musiał znaleźć szczelinę, przez którą będzie mógł wpuścić do Asgardu mrok. Chciał zabić Baldura – zabić ideał, żeby udowodnić, że wszystko, co doskonałe, jest kruche.
Wędrował po świecie, podsłuchując szepty wszystkich istot, aż w końcu ją znalazł… Jemioła rosła po zachodniej stronie Valhalli. W oczach Frigg była zbyt młoda i słaba, by mogła zrobić komukolwiek krzywdę, a co dopiero zabić Baldura – bogini nie poprosiła jej więc o przysięgę. Loki natomiast zobaczył w jemiole jedyną broń, która mogła rozbić cały porządek Asgardu. Misja boga kłamstwa zakończyła się sukcesem…
Loki stał na uboczu Thingvellir, świętego pola zgromadzeń bogów w Asgardzie. Przyglądał się, jak Asowie nadal rzucali niebezpiecznymi przedmiotami w Baldura, nie powodując najmniejszego uszczerbku na jego zdrowiu. Wzrok boga kłamstwa spoczął na Hödzie. Niewidomy brat Baldura stał samotnie w cieniu, z dala od wrzawy. Wykluczony przez swoje kalectwo, nie mógł cieszyć się zabawą razem z innymi. To w nim Loki dostrzegł swoje narzędzie. Podszedł do Höda cicho, jak cień. W jego dłoni spoczywała gałązka jemioły – drobna, blada, niemal niepozorna.
— Czemu ty nie strzelasz do Baldura? — zapytał Loki, a jego głos był jak słodka trucizna.
— Bo nie widzę, gdzie stoi Baldur — odparł cicho Höd — a po wtóre — jestem bez broni.
Loki uśmiechnął się w duchu. Włożył gałązkę w dłonie ślepego boga i nakierował jego rękę tam, gdzie stał bóg światła.
— Strzelaj do niego tą wicią — szepnął. — Ja cię skieruję, gdzie on stoi. Oddaj mu cześć tak, jak czynią to inni.
Höd, ufny w braterskie intencje, rzucił jemiołę. Przez krótką chwilę na placu zapanowała cisza… Jemioła nie odbiła się od skóry Baldura. Przebiła ją jak ostry nóż… Najjaśniejszy z bogów zachwiał się, spojrzał na brata z niedowierzaniem, po czym padł bez ducha na ziemię.
Nikt nie krzyczał. Bogowie stali jak wykute w kamieniu posągi, niezdolni pojąć, że to, co miało być nieśmiertelne, przestało istnieć przez jeden kruchy pęd jemioły. To był moment, w którym ich świat runął… Radość Asgardu wyparowała w jednej sekundzie, zastąpiona przez mrok, którego nie potrafiło już nigdy rozproszyć żadne światło.
Pogrzeb Baldura i Nanny
Pogrzeb był ceremonią, jakiej jeszcze nie widziało żadne z dziewięciu światów. Na brzegu morza spoczął Hringhorni, największy ze statków bogów. Miał on stać się stosem pogrzebowym, który zabierze Baldura w ostatnią podróż – do krainy, z której jeszcze nikt nie wrócił.
Nanna podeszła do statku jako jedna z ostatnich, by ostatni raz spojrzeć na męża. Nie było krzyku ani łez – jej rozpacz była zbyt wielka. I wtedy stało się coś strasznego. W tamtej chwili, gdy jej oczy spoczęły na bladym, zimnym obliczu Baldura, jej serce po prostu pękło z żalu. Nanna upadła martwa u stóp olbrzymiego kadłuba Hringhorniego. Bogowie w milczeniu wnieśli jej bezwładne ciało na pokład i ułożyli obok ukochanego.
Odyn, w geście ostatecznego pożegnania, zdjął Draupnir („Kapiący”) – swój magiczny pierścień, z którego co dziewiątą noc kapało osiem innych drogocennych pierścieni. Położył go na piersi syna – dar wieczności dla kogoś, komu zabrakło czasu… Niesłyszany przez nikogo, szepnął wtedy do ucha zmarłego coś, co pozostało do dziś największą zagadką nordyckiej mitologii.
Do stosu doprowadzono również konia Baldura, by wierne zwierzę towarzyszyło mu w mrokach Helheimu.
Hringhorni był tak potężny, że żaden z bogów, nawet Thor, nie potrafił zepchnąć go z mielizny na głęboką wodę. Przywołano wówczas Hyrrokkin, olbrzymkę z Jötunheimu. Było to upokorzenie dla Asów – musieli prosić wroga o pomoc. Hyrrokkin przybyła, dosiadając ogromnego wilka i używając jadowitych węży zamiast cugli. Jednym pchnięciem ruszyła statek i to z taką siłą, że ziemia wokół zadrżała.
Thor stanął przed stosem pogrzebowym, by poświęcić go piorunem. Uniósł swój młot, Mjöllnir, z którego posypały się iskry, podpalając drewno. W pewnym momencie pod nogi boga piorunów nawinął się karzeł o imieniu Litr. Thor w bezmyślnym gniewie kopnął go prosto w ogień. Był to gest rozpaczy boga, który stracił wszystko, co kochał, i w swej bezsilności zniszczył ostatni okruch niewinności, jaki pozostał w tej smutnej krainie.
Gdy statek odbił od brzegu, zapłonął ogniem, który rozświetlił sine niebo. Stało się jasne, że to nie jest tylko pogrzeb boga. To był zmierzch ery jasności.
Łza, której zabrakło
Hermod, syn Odyna, podjął desperacką próbę naprawienia tego, co zepsuł Loki. Na grzbiecie ośmionogiego konia Sleipnira (syna Lokiego, widzicie ironię?), którego użyczył mu ojciec, pędził przez dziewięć dni i dziewięć nocy. W końcu dotarł w głąb mrocznego Helheimu, krainy rządzonej przez córkę boga kłamstwa – Hel. Kiedy stanął przed jej tronem, zobaczył tam również, siedzących na zaszczytnym miejscu w pałacu, złączonych w uścisku Baldura i Nannę – nawet kraina umarłych była miejscem, gdzie nikt nie mógł ich rozdzielić.
Hel, patrząc na Hermoda zimnymi, nieruchomymi oczami, rzuciła bogom wyzwanie:
— Jeśli wszystkie rzeczy na świecie, żywe i martwe, zapłaczą nad nim, wtedy powróci on do Asów. Lecz pozostanie u Hel, jeśli choć jedna rzecz się sprzeciwi lub nie zechce płakać.
Bogini pozwoliła Hermodowi zabrać ze sobą dowody na to, że faktycznie dotarł do celu i rozmawiał ze zmarłymi. Baldur oddał bratu pierścień Draupnir (prosząc, by ten zaniósł go z powrotem Odynowi), z kolei Nanna przekazała lnianą szatę dla Frigg oraz złoty pierścień dla jej służebnicy, Fulli.
Bogowie, usłyszawszy od Hermoda, że Baldur może wrócić, wysłali swoich posłańców we wszystkie strony świata, by prosić o łzę. Płakały góry, krusząc się pod wpływem własnego smutku. Płakały rośliny, których soki wyciekały jak krew. Płakały metale w głębi ziemi. Wydawało się, że Helheim otworzy swoje bramy.
W drodze powrotnej posłańcy trafili do jaskini, gdzie w mroku skryła się olbrzymka Thökk. Gdy poprosili ją o łzę, spojrzała na nich z wyższością.
— Thökk zapłacze suchymi łzami nad pogrzebem Baldura — rzekła. — Ni żywy, ni martwy, syn starego na nic mi się nie przydał. Niech Hel zatrzyma to, co ma.
W tym jednym zdaniu zawarta była cała nienawiść Lokiego. Bo Thökk tak naprawdę nie była olbrzymką. Był to nikt inny jak bóg kłamstwa we własnej osobie, w doskonałym przebraniu realizujący swój okrutny plan. Odmówił płaczu, bo w jego mniemaniu świat nie zasługiwał na powrót światła.
Baldur i Nanna zostali uwięzieni w mroku podziemi. Bogowie zrozumieli, że nawet oni nie mogą wygrać z przeznaczeniem, a Ragnarök, koniec wszystkiego, nie jest już tylko wizją. Jest nieuchronnością.

Znaczenie śmierci Baldura dla losów dziewięciu światów
Baldur uosabiał to, co w świecie bogów było najszlachetniejsze: czystość, sprawiedliwość i światło. Jego śmierć była sygnałem, że w Asgardzie zapanował chaos, którego nie da się już zatrzymać. Skoro nawet najdoskonalsza istota mogła zginąć przez podstęp, oznaczało to, że stary porządek dziewięciu światów przestał istnieć. Śmierć Baldura była „pierwszym pęknięciem” w konstrukcji wszechświata.
Według mitów Ragnarök poprzedza Fimbulwetr — trzy lata straszliwej, niekończącej się zimy, podczas której słońce traci swoją moc. Śmierć Baldura (boga światła) jest symbolicznie powiązana z tym ochłodzeniem świata. Gdy zabrakło Baldura, zgasło wewnętrzne ciepło Asgardu, co nieuchronnie prowadziło do zamrożenia świata i ostatecznej bitwy.
Jakie były dalsze losy Lokiego? Czy poniósł karę za swoje występki? A może udało mu się kolejny raz uniknąć kłopotów? Co stało się z Hödem, który nieumyślnie zabił swojego brata? Jaką straszną tajemnicę skrywał Odyn? Dlaczego łosoś ma zwężenie przy ogonie?
Jeśli ciekawią Was odpowiedzi na te pytania, mam dla Was dobrą wiadomość — już niedługo na blogu pojawi się mój nowy artykuł, dzięki któremu poznacie kontynuację tej tragicznej historii.
Komentarze (0)